Jak (o mało co) nie kupiłem Kindle Colorsoft i prawie kupiłem Paperwhite Signature Edition

Jestem zadeklarowanym fanem czytników. Moja przygoda zaczęła się od Keyboard kupionego w 2011 roku w Amazon.com. Został przysłany do mnie ze Stanów. Następny był Classic. Co prawda już bez klawiatury, ale jeszcze bez dotyku (kupiony chyba na Grouponie). Potem przyszła era Paperwhite 2 (nabyty na Woblink.com), a następnie PW 4. Powodem kolejnej zmiany było, że jestem osobą, która obsługuje czytnik jedną, lewą ręką. Nie jest może tragicznie, ale superkomfortowo też nie. Brakowało mi klawiszy fizycznych, którymi łatwiej obsługiwało mi się readera. 


W końcu trzy lata temu skusiłem się na Oasis 3. Fizyczne przyciski to było to! Poza tym był zdecydowanie szybszy od swojego poprzednika czyli Paperwhite 4. Automatyczny obrót ekranu powodował, że mogłem ustawić klawisze zmiany stron wg swoich potrzeb. Bajka. Miał jednak jeden mankament: bateria. Gdy czytałem o rzekomej długości naładowania akumulatora, sześć tygodni wg Amazona, to ogarniał mnie pusty śmiech. Marzyłem, by mój Oasis „przeżył” na jednym ładowaniu choć siedem dni. Pamiętam jak na Świecie Cztników Robert Drózd opisywał pierwszą wersję Oasisa, który posiadał drugi akumulator wbudowany w okładkę. Niestety, producent zrezygnował w kolejnych edycjach z takiego rozwiązania.

Wkurzało mnie także, że czytnik raz na dziesięć naładowań wskazywał 100% naładowania. Najczęściej po całonocnym podłączeniu do źródła prądu wskaźnik wskazywał 97, 98, 95% tak, a co dziesiąty raz 100.
Ostatnio nawet spisałem sobie jak z akumulatora schodzi naładowanie.

DZIEŃ

GODZINA

%

1.

12.59

100

2.

01:03

93

3.

01:45

64

4.

01:20

43

5.

05:42

42

6.

02:15

3

Wspomnieć muszę także o swoim modelu czytelniczym. Wi-Fi jest cały czas włączone, bo Kindle codziennie rano ściąga mi „Gazetę Wyborczą”. Do tego czytam zawsze jakąś książkę. Raz w tygodniu przychodzi „Polityka”, „Tygodnik Powszechny” oraz raz na kwartał „Więź”. Trzy, cztery razy w tygodniu wychodzę z czytnikiem poza dom na kilka godzin. Nie wyłączam Wi-Fi, które jest podobno smart i samo się „usypia”, jeśli nie ma nic do ściągnięcia.

Kolejnym powodem, który spowodował, że zacząłem się zastanawiać nad zmianą było nowe gniazdo USB-C, co pozwoliłoby zmniejszyć ilość przewożonych kabli podczas wyjazdów.

Dodatkowy czynnik stanowiła pokusa czyli program niemieckiego Amazona o wdzięcznej nazwie „Trade In”. Odesłanie starego readera (na koszt producenta) skutkuje otrzymaniem 5 euro (na tyle wyceniono mój w pełni sprawny Paperwhite 2) i 20% rabatu na zakup nowego Kindle. Co ciekawe, można wykorzystać do tego kolejne promocje, np. te  związane z lipcowym „Prime day”. Cena po odliczeniu wszystkich rabatów zrobiła się bardzo atrakcyjna. Niestety, w całej zabawie robi się jeden koszt. Amazon.de wysyła towar jedynie na terenie Niemiec. Trzeba więc skorzystać z usług pośrednika, który prześle nam czytnik z magazynu w Niemczech do Polski. Koszt transportu wyniósł mnie 11 euro.
Pierwszy raz korzystałem z tego programu kupując Oasis 3. Tak jak wtedy skorzystałem z tutorialu napisanego przez Cyfranka, który krok po kroku opisał, jak skorzystać z programu niemieckiego Amazona „Trade in” mieszkając w Polsce.

Pierwotnie chciałem kupić „świeżynkę” od Amazona czyli Colosoft. Zdjęcia z gazet prezentowane w sieci wyglądały naprawdę ciekawie. Do zakupu zachęciła mnie też książka Konstantego Geberta „Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela”, która zawierała wiele map, praktycznie nieczytelnych na czarno-białym ekranie.

Oczywiście zagłębiłem się w opinie na temat nowego sprzętu. Okazało się, że nie jest tak różowo, jak mi się na początku wydawało. Po pierwsze ma mniejsze odświeżanie koloru niż Signature Edition. Po drugie kolor „żre” baterię. Cena była jednak na tyle atrakcyjna (166,99€), że postanowiłem zainwestować. Transakcja przebiegła pomyślnie, jednak po dwóch godzinach została przez Amazon.de unieważniona. Środki wróciły na kartę, a na moim koncie w sklepie nie było śladu transakcji. Nie dostałem też żadnego maila z wyjaśnieniami o powodzie odrzucenia transakcji.
Napisałem więc do helpdesku, który potwierdził unieważnienie zakupu podając powód „nieautoryzowanej próby wejścia na moje konto”. Po wyjaśnieniu wszystkiego, podaniu numeru transakcji „Trade in” konsultant zaproponował mi, abym ponownie kupił czytnik w normalnej cenie „Primę day”, a po otrzymaniu bym do nich napisał, a oni zwrócą mi te 20%. Tak też zrobiłem. Jedyna obniżka w tej chwili to te 5€, które dostałem za zwrot starego Kindle.

Złożyłem kolejne zamówienie. Stwierdziłem, że niestety nie stać mnie na zamrażanie takiej kasy. Zdecydowałem się więc na Signature Edition, który kosztował mnie w promocji 159,99€. Gdy mój sprzęt już miał dotrzeć do magazynu Mailboxde, dostałem z Amazona informację, że czytnik nie może być doręczony i wraca do sklepu.

W Mailboxde tego nie potwierdzili mówiąc, że wszystko jest ok, a po przelaniu pieniędzy za przesyłkę Kindle zostanie do mnie wysłany.
Tak też się stało. Gdy kurier przyniósł czytnik, napisałem do wsparcia niemieckiego Amazonu o zwrot tych obiecanych 20%, czyli 32€. Liczyłem oczywiście na przelew na kartę. Okazało się to niemożliwe i tę kwotę przelano mi w formie karty podarunkowej na konto w niemieckim Amazonie.
Bardzo mnie to wkurzyło. Po pierwsze inaczej się umawiałem z obsługą sklepu. Po drugie wina w żaden sposób nie leżała po mojej stronie, tylko sklepu. Po trzecie cała transakcja stawała się w tym momencie nieopłacalna. Po czwarte nie miałem żadnego pomysłu na co wydać te pieniądze w niemieckim Amazonie.

Postanowiłem, że nie ustąpię. W najgorszym razie miałem do 30 dni odesłać nowo zakupiony czytnik do sklepu z żądaniem zwrotu Paperwhite 2. Napisałem długi mail z cytatami korespondencji. Na to nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Połączyłem się więc z czatem, gdzie wkleiłem moje wyjaśnienia. Przez godzinę korespondowałem po polsku, angielsku i niemiecku z pięcioma konsultantami. Najczęstszym zwrotem było: „rozmowę przekazano (imię), która zapoznaje się z Twoim problemem”. Piąta osoba w końcu napisała: „czy satysfakcjonuje Cię zwrot na kartę w wysokości 33€?” Oczywiście wyraziłem zgodę. Po niecałym tygodniu pieniądze znalazły się na mojej karcie. Na moim profilu w Amazon.de nadal „wisiało” moje 32€ w postaci karty podarunkowej, które po miesiącu postanowiłem wydać na ulubioną płytę Nicka Cave and The Bad Seeds „Boatmen’s call” na winylu ;-).  W sumie historia z happy endem, choć trochę nerwów i czasu mnie kosztowała.